piątek, 4 grudnia 2009

Szkoła Wujka Retcona - Żetony


Witajcie drogie dzieci! Dziś wasz ukochany Wujek Retcon pokaże wam jak w paru krokach możecie zrobić żetony do nowomodnych gier fabularnych, zwanych za oceanem erpegie, na cześć szanowanego i uznanego profesora Erpegisa.

Pozdrawiamy zatem Erpegisa i przechodzimy do robienia żetonów.

Jakiś czas temu kupiłem Wolsunga.
Niestety zaopatrzyłem się w sam podręcznik, nie zamówiłem żetonów. Straszny pech. Znaleźli się też tacy, którzy żetony kupili, lecz im się nie podobają. Wolsunga w zestawie MG i otrzymałem dwie 48 brzydkich, tekturowych żetonów, które ni w cholerę nie kojarzą się ze steampunkiem
, za to agresywnie przypominają, że gra nosi tytuł Wolsung. Innymi słowy, są to żetony z wielkim, miedzianym "W" i tyle.- komentuje na łamach forum Poltergeista jeden z rozgoryczonych graczy. - Zastanawiam się, czy macie pomysł, co wykorzystać zastępczo? Zastanawiam się nad kołami zębatymi, ale obawiam się, że nie wiem nawet, gdzie je zakupić. Pomysły, propozycje? A może ktoś już rozwiązał ten problem? - proponuje.

Otóż drogi forumowiczu, wujek Retcon ma dla Ciebie i innych osób bardzo proste rozwiązanie. By jednak je osiągnąć będą potrzebne współmałżonka-crafterka, bądź dziecko w wielu wczesnoszkolny,.

Co robimy?

Krok 1

Cichaczem wchodzimy do sypialni dziecka i lokalizujemy pudełko ze skarbami. Jeśli nie mamy dziecka, grzebiemy w rzeczach żony bez jej pytania. Najlepiej wtedy, kiedy idzie po zakupy, by nie przyłapała nas na zajmowaniu się głupotami.

Krok 2

Kiedy znajdziemy pudełko, podpierdalamy z niego dziurkacz. Ale nie taki normalny biurowy, tylko taki, jak ten na zdjęciu. Nie przebieramy za długo. Najważniejsze, żeby nie był to dziurkacz do ozdabiania rogów kartek.



Jeśli nie macie dzieci albo kobiety-crafterki, to poszukajcie w googlach co to są crafterki. Jeśli to nie pomogło, to idźcie do papiernika i kupcie jakiś dziurkacz, a następnie powtórzcie kroki 1 i 2.

Krok 3

Bierzemy kawałek papieru. Ja preferuje różowy, bo to męski kolor.


Krok 4

Bierzemy dziurkacz i umieszczamy w nim kartkę. Teraz napierdalamy nim na potęgę. Wyrzynając w papierze różnokształtne wzory.



Krok 5

Kiedy już się narżniemy, pakujemy żetony do koperty i mykamy na sesję.


Miłej zabawy!

Wujek Retcon




piątek, 27 listopada 2009

Bardzo

Bardzo bym chciał coś zrobić, coś napisać, notkę, reckę, arta jakiegoś. W ogóle bardzo chciałbym zrobić cokolwiek. Niestety zżera mnie jakaś bliżej niekoreślona siła. Przykuwa mnie to stołka przed kompem i nie pozwala odejść. Karze bezmyślnie gapić się w monitor i szukać niepotrzebnych informacji. Myślę sobie - uzależnienie albo raczej jego kolejna faza. Faza, w której mózg powoli zostaje zastąpiony szarowatą papką, pozwalającą na podtrzymanie podstawowych funkcji życiowych.
Podłączam więc swój mózg do sieci. Daje się wykorzystywać wszechogarniającej sieci. Powoli staje się jednym z wielu oczek gigantycznej oplatającej glob siecioczyny, po niciach której śmigają zerojedynkowe pająki.
Złapaną ofiarę oplatają starannie, wstrzykując w nią wielobarwny jad kolorowych stron, który powoli zamienia duszę ofiary w gotowy do strawienia pajęczy fast food. Ofiara nie umiera jednak. Żyje dalej w stanie dziwnej nie- świadomości, niczym przykute do łóżka ciało paralityka. Wydaje się jej, że żyje. Ba, zapytana, czy żyje odpowie twierdząco. Nawet innych postrzega jako żywych.
Wszystko to tworzy ułudę prawdziwego życia. Skoro wszyscy myślą, że żyją, to znaczy, że tak jest. A co uważa większość staje jest prawdą. Ot, odwieczne prawo - rzeczywiste jest to, co chcemy, żeby było rzeczywiste.
Niestety jest to tylko żeczywistość - ułuda wypranego umysłu, który zamiast widzieć rzeczy, widzi nieistniejące substytuty prawdy. Ofiara siedzi więc sobie bezmyślnie gapiąc się w ekran monitora, karmiąc zerojedynkowe pająki.
Bardzo bym chciał coś zrobić. Naprawdę. Niestety moje szare komórki zostały już dawno zastąpione przez fałszywe kolory, potworzenie oraz niewybór. Bo przeciwieństwem wyboru nie jest jego brak, lecz jego pozór. Pozór wpływania na świat. Pozór kształtowania rzeczywistości. A niewybory twożą żeczywistość.


Oczywiście nie mam zamiaru przeczytać tego, co tutaj napisałem.


Dobra, to idę piec tę drożdżówkę! Ktoś chętny?




wtorek, 24 listopada 2009

O kurze domowym

Nie mam za bardzo o czym pisać - cóż za zaskoczenie! Napiszę więc może o tym, jak wygląda dzień domowego kura, w którego przemieniłem się w zeszłym tygodniu.
Wszystko zaczęło się jak w horrorze. Najpierw dobre zlecenie, potem jego brak. Szukanie pracy i takie tam. Od dwóch tygodni dręczy mnie myśl "serewiś, weź coś napisz, a nie tylko pracy szukasz albo ciągle sprzątasz".

Miało być o kurowaniu.

Wstaje, włączam bojler, idę spać. Czasami wstaje Polibuda i to ona włącza bojler. W każdym razie, zanim się woda nagrzeje zdążymy przygotować śniadanie z herbatą w szklanym dzbanku z podgrzewaczem, z którego ciągle wycieka wosk, nawet gdy stoi prosto na stole i nikt go nie rusza - wystarczy, że przejedzie pod oknem 148 na Żabiankę - i wosk ląduje na bambusowej podkładce szczelnie wypełniając rowki.
Po śniadaniu, jak zawsze, odpalam sobie twarzoksiążkę, doje krowy, czesze kota, karmie świnie niczym prawdziwy rolnik, tylko nieco wirtualny. Tęsknota za sielskim życiem daje się we znaki. Szkoda tylko, że nie wstaje razem z moimi wirtualnymi kurami. Potem szybkie, półgodzinne, mycie. Ostatnio udaje mi się zejść do 25 minut dzięki trzem-czterem pociągnięciom maszynki. Jednak nie jestem sobie w stanie odmówić wypędzlowania twarzy kremem. Jest to bodaj jedyna poranna czynność, przy której można się wyłączyć na 5-10 minut, czasami myśląc tylko o mydle do golenia w sztyfcie, a nie podłym kremie w tubce. No i jeszcze perłowa brzytwa by się przydała. Niemniej Gillete Power Superduper też się sprawdza nieźle.

No i po goleniu zaczyna się kurzenie.

Szmatka, gąbka, cif, dr max od Jolki, mop i dużo gorącej wody. 30 minut później w kaflach można się przeglądać, z toalety pić (chociaż nie polecam wody, strasznie twarda), a wanna wygląda jak spod igły. Kuchnia podobnie - szybki przelot czerwonym zelmerem, który wsysa nawet wykładzinę, ma dziewięciometrowy kabel, 5 ssawek i jest po prostu boski. Swoją drogą, nigdy nie sądziłem, że odkurzacz sprawi mi więcej przyjemności niż BMW (ale ciii, nie mówcie tego mojemu samochodowi, bo gotów się obrazić). Po odkurzaczu pora na mop. Raz-dwa i podłoga się lśni, niczym kryształowa kula. Szkoda tylko, że nie można w niej znaleźć jakiejś dobrej pracy.

Wieczorem odpalam kuchenkę i szykuję obiad dla Polibudy, bo jako głowa rodziny, tyrająca 25 godzin na dobę w stoczni musi zagryźć podwójnie panierowanego schaboszczaka z kartoflami.

Zadziwiające w życiu domowego kura jest to, że nagle takie banalne rzeczy, jak sprzątanie, gotowanie czy poranne wstawanie stają się czymś dużo bardziej przyjemniejszym jeśli tylko obok, w łóżku, znajduje się jakieś ciepłe ciałko, które widząc przygotowany na czas obiad pokazuje szeroko swoją diastemę.

wtorek, 29 września 2009

PKW: Czym jest dla mnie steampunk?


Egzamin z literatury angielskiej 4 lata temu. Siedzą chłopak w długich włosach i dziewczyna we włosach, wtedy jeszcze kręconych.

- Co wiesz o inspiracjach XIX wieczną literaturą angielską?
- No nie wiem, steampunk. Taki podgatunek fantastyki. Bierzesz dziewiętnasty wiek, dorzucasz trochę dziwacznej technologii: samochody na parę, machiny różnicowe (takie magiczne komputery), wielkie parowe golemy (coś jak roboty), no i dajesz królowej Victorii jeszcze jakąś bombę magiczną, która może zachwiać równowagą świata. Jak to powiesz, to się babka na pewno zdziwi, bo o tym nie słyszała.
- Mówisz?
- Znajomi w ogóle robią grę w takich klimatach. Wolsung się nazywa. Zapowiada się całkiem fajnie. Elfy w cylindrach, mafie niziołków, takie tam fajne rzeczy.

Po egzaminie

- I co?
- Nie zdałam. Miałam te cholerne inspiracje...
- I co, powiedziałaś o steampunku?
- Nie

Cztery lata później owa dziewczyna włosów kręconych nie ma, ale nadal jak zaczynam mówić o fantastyce, to jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza informacje. Może to i dobrze, bo jakby się wsłuchała w moją paplaninę o Wolsungu i steampunku, to pewnie więcej bym jej nie zobaczył, a egzemplarz Magii wieku pary stawiałbym pewnie na półce swojej, nie naszej.

Zatem na pytanie "czym jest dla mnie steampunk" odpowiadam "sposobem na podryw, i to jak znakomitym!".

niedziela, 13 września 2009

Wujka Retcona potyczki z Niepokojem Formowaną Złem, czyli z dziennika alergika

Robiłem remont, dopadła mnie alergia. Straszna, wyjątkowo wkurwiająca i nieprzyjemnie uciążliwa. Zaczęło się niewinnie od swędzenia pod pachami - myślę sobie "znowu się nie umyłeś". Więc się umyłem. Nie pomogło. Olałem. Mój błąd. spuchło mi prawe oko - zacząłem przypominać Azjatę.
Wróciłem do domu i się oglądam - od miejsca, w którym powinien być biceps, przez pachy, do żeber luźnych czerwona opuchlizna przypominająca ugryzienie komara wielkości jamnika.
Nic to. Wapno, podwójne. Potem jeszcze jedno. Swędzi, to drapie. Alergia się powiększa. Matka panikuje, każe iść na pogotowie.
I tu zaczyna się zabawa. Wchodzimy do pogotowia, otwiera nam pani, każe poczekać. Czekam więc i liczę, że przyjdzie do mnie jakiś doktor czy doktorka. To, co wyłoniło się zza drzwi wbiło mnie w ziemię i przeszło moje największe koszmary o służbie zdrowia.
Mała, wręcz tycia, mająca maksymalnie 140 cm wzrostu babuleńka z garbem plecach, odziana w czerwony strój ratownika medycznego, poruszająca się jak pacjentka azylu w Providence. Do tego się kiwała na boki.
Wszedłem za nią do pokoju. Za nami weszła jeszcze jedna ratowniczka, około czterdziestki. Pani się pyta co mi jest. Mówię zatem, że alergia, remont, pół ciała, jakby komar-jamnik mnie pogryzł. Po czym się orientuje, że ratowniczka raczej nie zwraca na mnie uwagi i przygotowuje jakąś dokumentację. Każe dać książeczkę rumowską. Wpadam nagle na pomysł, że może zapalę światło, bo kobieta siedziała przy lampce biurkowej. Zapalam więc, pokazuje, babka patrzy przelotnie, po czym stwierdza, że daje mi zastrzyk.
Protestuje. W końcu mam uczulenie na iryd. Za każdym razem, gdy widzę wykonane z niego igły mdleję, uciekam, wpadam w panikę, zalewam się potem. Ostatni raz, jak byłem na pobraniu krwi w klasie maturalnej, to zasłoniłem sobie oczy szalikiem i pod nosem cały czas mówiłem "mamo, mamo, mamo!".
Zastrzyku odmówiłem i poprosiłem o wypisanie recepty na Zyrtec, czy coś podobnego. Pani odmówiła i stanowczo zaproponowała zastrzyk. Odmówiłem i naciskałem na Zyrtec. W końcu, kurwa, z takim zamiarem szedłem na pogotowie. Pani postanowiła mnie wywalić, w opryskliwy sposób mi podziękowała, wywaliła mnie z gabinetu i strzeliła focha z przytupem.
I teraz stała pozycja - to po to ja płace, 200 zeta miesięcznie, żeby nie dostać jebanej recepty? To po to płace 200 zeta, żeby mnie nakłuwali irydowymi patyczkami?
Najgorsze jest to, że nie wymagałem doraźnej pomocy. Śmierć mi raczej nie groziła. Chodziło po prostu o złagodzenie objawów. Następnym razem po prostu wezmę końską dawkę wapna.

Nasuwa mi się jeden wniosek - dlaczego w pogotowiu pracuje ktoś, kto nie tylko jest niekompetentny, ale jest za mały, żeby samodzielnie dosięgnąć do włącznika światła i w ogóle powinien być na emeryturze. Ja rozumiem, że ta pani mogła kiedyś być specjalistą, czy coś. Obecnie powinna jeść lody z koleżankami, chodzi na różaniec albo chodzić na uniwersytet trzeciego wieku.
Pomijam jeszcze fakt, że żadna z obu aptek, które miały pełnić dyżur, nie była czynna.
Bo to Polska, panie.

piątek, 28 sierpnia 2009

Zaszpanuję, a co!

No więc zaszpanuję sobie i pochwalę się swoją stroną! Oczywiście czynię to tylko po to, by dokarmić boty gógla. Żeby nie było tak sucho, napiszę parę zdań. W innym przypadku boty odkryją ściemę i mnie nie dodadzą.

Biuro tłumaczeń Wiktor Serewiś, język angielski, niemiecki i rosyjski.

Obejrzyjcie zatem stronę ;)

czwartek, 27 sierpnia 2009

O tym jak fejsbuk zabił mi bloga

Mam nadzieję, że niniejszy wpis będzie przełomowy, bo pozwoli mi wrócić do prowadzenia bloga, a może i wrócenia Na Wschód (jeszcze, żeby pracę znalazł i pomalował szafki).
Otóż jakoś jakiś czas temu zainstalowałem się na TwarzoKsiążce. Portal jest to znany i zacny. Potrafi zapewnić rozrywkę na tydzień i jeszcze jeden tydzień, a potem znów. I tak do usranej śmierci.
Durne Twitterowate statusy na TwarzoKsiążce zabiły we mnie resztki twórczości i abstrakcyjnego myślenia. Nawet zacząłem o sobie myśleć i mówić w trzeciej osobie. Najlepsze jest to, że można się dzięki temu badziewiu wyrazić w dwóch-trzech zdaniach, a nawet w jednym! I to kilka razy dziennie.
Szkoda tylko, że zamiast napisać coś konkretnego kombinuję, jak przerobić zdanie na trzecioosobowe.
Do tego dochodzą jeszcze gry! Można se pofarmić, jak w SimFarm, które mi przemknęło koło nosa, bo jeszcze wtedy kompa nie miałem. No i oczywiście Petsy. Prawie jak Tamagochi (zepsuł mi się spellcheck, teraz będzie z błędami). Można ubrać swojego zwierzaka, zafundować mu Optimusa Prime'a w postaci owcy, kupić miecz świetlny i wiele, wiele innych fajnowych rzeczy.
No i nie zapomnijmy o quizach. Te są po prostu genialne: Kim będziesz za sto lat? Kim jest twoja stara? Czy lubisz zapinać w kakao? Jak bardzo z Bydgoszczy jesteś? etc. Można się tyle o sobie dowiedzieć! Po prostu szał ciał i psycholog niepotrzebny.
Do tego galerie! Ach te galerie! Każdy może się polansić na całym świecie. Nasza-klasa wymięka i posysa!
Jak widzicie, cofnąłem się w rozwoju. Pisze byle jak, lekki strumień świadomości zabarwiony niestrawnością żołądka, spowodowaną spocokim KFC.

Kończę zatem to coś, co miało być wpisem, a stało się jego karykaturą. Za błędy przepraszam, nie będę w tej chwili bawił się w czytanie na głos. Nie jest celem owej notki być poprawną gramatycznie.

I też chciałbym, żeby do mnie ktoś sławny zadzwonił :>