Robiłem remont, dopadła mnie alergia. Straszna, wyjątkowo wkurwiająca i nieprzyjemnie uciążliwa. Zaczęło się niewinnie od swędzenia pod pachami - myślę sobie "znowu się nie umyłeś". Więc się umyłem. Nie pomogło. Olałem. Mój błąd. spuchło mi prawe oko - zacząłem przypominać Azjatę.
Wróciłem do domu i się oglądam - od miejsca, w którym powinien być biceps, przez pachy, do żeber luźnych czerwona opuchlizna przypominająca ugryzienie komara wielkości jamnika.
Nic to. Wapno, podwójne. Potem jeszcze jedno. Swędzi, to drapie. Alergia się powiększa. Matka panikuje, każe iść na pogotowie.
I tu zaczyna się zabawa. Wchodzimy do pogotowia, otwiera nam pani, każe poczekać. Czekam więc i liczę, że przyjdzie do mnie jakiś doktor czy doktorka. To, co wyłoniło się zza drzwi wbiło mnie w ziemię i przeszło moje największe koszmary o służbie zdrowia.
Mała, wręcz tycia, mająca maksymalnie 140 cm wzrostu babuleńka z garbem plecach, odziana w czerwony strój ratownika medycznego, poruszająca się jak pacjentka azylu w Providence. Do tego się kiwała na boki.
Wszedłem za nią do pokoju. Za nami weszła jeszcze jedna ratowniczka, około czterdziestki. Pani się pyta co mi jest. Mówię zatem, że alergia, remont, pół ciała, jakby komar-jamnik mnie pogryzł. Po czym się orientuje, że ratowniczka raczej nie zwraca na mnie uwagi i przygotowuje jakąś dokumentację. Każe dać książeczkę rumowską. Wpadam nagle na pomysł, że może zapalę światło, bo kobieta siedziała przy lampce biurkowej. Zapalam więc, pokazuje, babka patrzy przelotnie, po czym stwierdza, że daje mi zastrzyk.
Protestuje. W końcu mam uczulenie na iryd. Za każdym razem, gdy widzę wykonane z niego igły mdleję, uciekam, wpadam w panikę, zalewam się potem. Ostatni raz, jak byłem na pobraniu krwi w klasie maturalnej, to zasłoniłem sobie oczy szalikiem i pod nosem cały czas mówiłem "mamo, mamo, mamo!".
Zastrzyku odmówiłem i poprosiłem o wypisanie recepty na Zyrtec, czy coś podobnego. Pani odmówiła i stanowczo zaproponowała zastrzyk. Odmówiłem i naciskałem na Zyrtec. W końcu, kurwa, z takim zamiarem szedłem na pogotowie. Pani postanowiła mnie wywalić, w opryskliwy sposób mi podziękowała, wywaliła mnie z gabinetu i strzeliła focha z przytupem.
I teraz stała pozycja - to po to ja płace, 200 zeta miesięcznie, żeby nie dostać jebanej recepty? To po to płace 200 zeta, żeby mnie nakłuwali irydowymi patyczkami?
Najgorsze jest to, że nie wymagałem doraźnej pomocy. Śmierć mi raczej nie groziła. Chodziło po prostu o złagodzenie objawów. Następnym razem po prostu wezmę końską dawkę wapna.
Nasuwa mi się jeden wniosek - dlaczego w pogotowiu pracuje ktoś, kto nie tylko jest niekompetentny, ale jest za mały, żeby samodzielnie dosięgnąć do włącznika światła i w ogóle powinien być na emeryturze. Ja rozumiem, że ta pani mogła kiedyś być specjalistą, czy coś. Obecnie powinna jeść lody z koleżankami, chodzi na różaniec albo chodzić na uniwersytet trzeciego wieku.
Pomijam jeszcze fakt, że żadna z obu aptek, które miały pełnić dyżur, nie była czynna.
Bo to Polska, panie.